Byliśmy wczoraj wieczorem z Pitem w Namiocie Festiwalowym Skrzyżowania Kultur.
Pierwsze były trzy Włoszki z obcasa buta Półwyspu Apenińskiego, śpiewające pieśni z tamtejszej wsi. To był właściwie rodzaj teatru, śpiewały rozwieszając bieliznę, gotując obiad, zamiatając, kłócąc się, rozpaczając na pogrzebie itd. Czasem pomagały sobie czymś w rodzaju tamburina, czasem czymś w rodzaju akordeonu. Zauważyłem spore podobieństwo do białego śpiewu ze wsi ukraińskiej. Wieś rules . Włoszki były kapitalne, bo doskonałe warsztatowo i przede wszystkim autentyczne. Oczywiście śpiewały na głosy. To były piosenki z ich stron, znane im z dzieciństwa. Przy okazji świetnie się bawiły a publika razem z nimi. Szczególnie ciekawe były dziecięce wierszyki i wyliczanki na końcu, perfekcyjnie zaaranżowane. Rewela, dziewczyny z jajami.
Jako druga wystąpiła Greczynka z Aten z dużym składem instrumentalnym (z 6 osób). Śpiewała pieśni z różnych krajów basenu Morza Śródziemnego, ale prawdę powiedziawszy niewiele się dla mnie te piosenki różniły. W przeciwieństwie do poprzedniczek Greczynce brakowało temperamentu. Trochę to wszystko zbyt wysublimowane, przekombinowane, z elementami muzyki eksperymentalnej. Autentyczności trochę tu brakowało. No i po pańsku stroili instrumenty za kulisami jeszcze w czasie występu Włoszek, i to w najciekawszej części ich występu, wymagającej ciszy. Wkurzyło to nie tylko mnie, ale i same Włoszki. Wieś rules.